Powrót dziury ozonowej – niestety w wielkim stylu

Dziura ozonowa to miejscowy spadek stężenia ozonu w stratosferze. Spadek ten najwyraźniejszy jest nad biegunami. Po raz pierwszy zaobserwowano ją w 1985 roku właśnie w pobliżu bieguna południowego, nad Antarktydą. Sam ozon, czyli trójatomowa cząsteczka tlenu, jest gazem toksycznym. Jego charakterystyczny zapach można wyczuć np. w słabo wietrzonych punktach kserograficznych. Jakie szkody powoduje więc brak tego toksycznego, bardzo reaktywnego gazu w atmosferze?

Ozon, unoszący się w stratosferze, czyli znacznie wyżej niż mógłby komukolwiek zaszkodzić, doskonale pochłania promieniowanie UV. To samo promieniowanie UV, które z wielkim impetem przebija nasz naskórek i demoluje DNA komórek skóry, odpowiadając za przyspieszenie ich starzenia i doprowadzając je w końcu nawet do transformacji nowotworowej.

Kiedy po raz pierwszy, w latach 80-tych ubiegłego wieku zauważono powstawanie dziury ozonowej, niemal natychmiast wdrożono środki zapobiegawcze. Ograniczono na całym świecie produkcję freonów, halonów i częściowo także tlenków azotu, które to związki szczególnie łatwo reagowały z ozonem niszcząc tym samym warstwę ochronną.

Pomimo szybkiego wdrożenia programu walki z dziurą ozonową, ta nie chciała ustępować. Szkodliwe związki utrzymywały się w atmosferze na tyle długo, że największą dziurę ozonową w historii zaobserwowano w 2006 roku. Od tego czasu było już tylko lepiej. Aż do obecnego, 2015 roku, kiedy to nad Antarktydą udało się zaobserwować drugą największą dziurę ozonową w historii.

Uczeni uważają, że wyjątkowo duża dziura ozonowa w tym roku spowodowana jest przez ciepłe prądy powietrzne napływające nad Antarktydę. Choć może się to wydawać kiepskim żartem z repertuaru kabaretu naśmiewającego się ze strachu przed antropogenicznymi zagrożeniami dla środowiska, to niestety wygląda na to, że globalne ocieplenie powoduje wzrost dziury ozonowej.

[źródło i grafika: businessinsider.com]